Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artur Baniewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artur Baniewicz. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 października 2013

Gdzie księżniczek brak cnotliwych

 
  Ostatnia część trylogii Artura Baniewicza. I według mnie zdecydowanie najlepsza.
      Jest to jedna, spójna opowieść, o tym, co się stało gdy Debren i Lenda zostali uratowani. Ich wybawcami okazali się Zbrhl (który pojawił się wcześniej w opowiadaniu Smoczy Pazur) i jego przyjaciel-giermek (który niemal od razu zostaje ranny i traci przytomność na resztę książki). Towarzysze postanawiają wyruszyć do domu Zbrhla, gdzie będą mogli odpocząć i trochę ochłonąć. Podróż jednak trochę trwa, a na drodze staje most. Sam most w niczym podróżnym nie przeszkadza, okazuje się jednak, że pod nim lub w jego pobliżu żyją zmutowane wielkie nietoperze i gryf. Bohaterom ledwo udaje się uciec z mostu i trafić do stojącej na uboczu starej karczmy. Gospodarze nie mają obecnie gości (już jakiegoś czasu), ale są dobrymi ludźmi i przyjmują utrudzonych podróżnych pod swój dach. Właścicielką karczmy jest piękna Petunka, która powoli opowiada gościom historię swego rodu. Okazuje się, że z przyczyn politycznych praprababka Petunki i jej karczma zostały przeklęte. Od tamtej pory w okolicy krąży gryf, który psuje interes i nie pozwala właścicielkom opuścić domostwa. Gryf zabił już wielu śmiałków, którzy chcieli uwolnić dziedziczki od klątwy samemu nie odnosząc większych obrażeń (oczywiście gryfy też mają określoną długość życia, lecz potomkowie tego pierwszego kontynuowali tradycję). Na wieść o tym Zbrh unosi się dumą i oznajmia, że nie odjedzie póki nie pokona gryfa. Wciągu długiej nocy, którą wędrowcy spędzają w karczmie Yeżyn i Petunka opowiadają ciąg dalszy historii klątwy i wchodzą w coraz głębsze szczegóły. W końcu dzięki zdolnościom magicznym Debrena i medialnym Lendy(o czym wcześniej nie wiedziała) powoli dochodzą do wniosku, że centrum klątwy jest most. A klątwę zdjąć może jedynie wylana na niego  krew dziewiczej księżniczki. Tylko skąd tu wziąć taką? Nie dość, że musi być księżniczka, to jeszcze z konkretnego rodu (potomkini rozpustnej księżniczki przez którą klątwa padła na ród Petunki). Dodatkowo, księżniczka musi wiedzieć, że jest księżniczką ([SPOILER] okazuje się, ze Petunka jest księżniczką, ale nie zdawała sobie z tego sprawy[/SPOILER]). No i księżniczka musi być cnotliwa. Petunka z mężem stracili nadzieję na zdjęcie klątwy, przynajmniej za ich życia. Zbrhl jednak się uparł, że przynajmniej gryfa ubije. Urządzili zasadzkę i stoczyli ciężką potyczkę z gryfem i jego przybocznymi (niedźwiedziołakami) [SPOILER] której Yeżynowi nie udało się przeżyć [/SPOILER]. Mimo że wszyscy walczyli dzielnie, ich morale podupadło. Tym bardziej, że Lenda nie byłaby sobą, gdyby nie postanowiła odejść. Sama, nie mówiąc nikomu. Oczywiście Debren też nie byłby sobą, gdyby zaraz za nią nie pognał. O mało nie został zabity przez gryfa, jednak udało mu się pokonać potwora. Lendę znalazł na przeklętym moście, dłubiącą w kamieniach.
         Może daruję sobie dalszy opis fabuły, bo tak naprawdę każda choć trochę inteligentna osoba, która będzie czytać książkę od razu domyśli się, jak wszystko się skończy.
         Przynajmniej tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Muszę powiedzieć, że BARDZO nie podoba mi się zakończenie. Autor kreuje bohaterów przez całe trzy tomy tylko po to, żeby na ostatniej stronie zrobić coś, co zupełnie nie zgadza się z ich charakterem. Jestem z tego powodu strasznie zawiedziona i zła. I na autora i na bohatera. Chociaż na autora bardziej ;)
      Muszę przyznać, że ta część była według mnie najlepsza. Nie wiem, czy po prostu przyzwyczaiłam się już do stylu Baniewicza i zaczęłam dostrzegać jego poczucie humoru, czy dopiero w tym tomie rozwinął swój kunszt. Tak czy siak zdarzało mi się naprawdę głośno śmiać, ale też książka momentami trzymała w napięciu i niepewności.
        Mam nadzieję, ze pan Baniewicz wróci jeszcze do czarokrążcy i napisze kolejną część albo chociaż opowiadanko. Bo naprawdę bardzo nie podoba mi się sposób, w jaki zakończył historię Debrena...

Ocena: 5+ / 6

czwartek, 19 września 2013

Pogrzeb czarownicy


Artur Baniewicz, Pogrzeb czarownicy
Druga część cyklu o czarokrążcy, tym razem tylko dwa opowiadania.
            Pierwsze, tytułowe, "Pogrzeb czarownicy" przypomina nam, dlaczego Artur Baniewicz zaczął pisać. Jednym z bohaterów jest bowiem nadpodludnik, czyli biesiarz lub po inszemu wiedźmin. Nie wzbudza on jednak specjalnej sympatii, nie lubi Debrena i za główny swój cel uznaje zabijanie "potworów" bez skrupułów i zastanowienia. A tak się składa, że jednego z owych "potworów" Debren postanawia chronić. Ale od początku. Czarokrążca dostaje zlecenie, aby sprawdzić, czy pewna kobieta (siostra zleceniodawcy) jest zupełnie martwa (została zamieniona w kamień, więc urzędnicy miejscy mają wątpliwości) i razem z kapłanem odnaleźć kamieniarza i urządzić jej pogrzeb. Debren zatrudnia kalekiego mistrza kamieniarskiego Wilbanda. Mężczyzna ma ucięte nogi i jeździ samopychem własnego projektu, jednak rzeźba rusałki, do której jest bardzo przywiązany świadczy o jego kunszcie.
            Mężczyźni przybywają na zamek, gdzie okazuje się, że Curdelia (bo tak ma na imię zaklęta w kamień hrabina) nie do końca została przemieniona w kamień. Ściśle mówiąc... jej pośladki przyrosły do skały. Kobieta nie może się poruszać, dodatkowo ma krasnoludzkie geny, przez co jest uważana za potwora o kamiennym sercu. Sama zresztą lubi to powtarzać, podając za dowody fakt, że zabiła swoich rodziców i małżonka. Powoli czytelnik zdaje sobie jednak sprawę, że ojciec Curdelii zasłużył na śmierć, a matka nie umarła z winy córki. Tak naprawdę wysłuchując historii Curdelii dochodzimy do wniosku, że jest ona dobrym człowiekiem, mimo że za wszelką cenę stara się udowodnić coś innego.
           Kiedy okazuje się, że hrabina nie jest zaczarowana brat Zecheniasz postanawia wrócić do zleceniodawcy i przekazać nowinę. Jednak Wilband i Debren przekonują go, by został i pomógł wyswobodzić hrabinę spod wpływu zaklęcia. Niestety, wtedy przyjeżdża do zamku nadpodludnik i chce zabić hrabinę, jeżeli ta żyje. Debren oddaje mu rusałkę wykonaną przez kamieniarza, jednak podejrzewa, że podstęp może szybko zostać wykryty. Jedynym sposobem na uwolnienie Curdelii, jaki znalazł Debren, jest zapewnienie jej wystarczającej rozkoszy, by nie czuła bólu. Na szczęście, robiący do kobiety od początku maślane oczy Wilband decyduje się "poświęcić". Chyba nie będzie dużym [SPOILERem] jeżeli napiszę, że mimo wyskakujących wciąż przeciwności losu, udaje się uwolnić Curdelię. Wilband zostaje z nią na zamku jako jej mąż (bo to nieprzyzwoite by było, gdyby został jako obcy mężczyzna sam z kobietą) i przygotowuje ujęcie magicznej wody dla brata Zecheniasza w zamian za pomoc [/SPOILER]
           Drugie opowiadanie streszczę krótko, bo głównie składa się ono z opisów śniegu i zimna. Debrenowi udało się dostać dobrze płatną, stałą pracę na teleportnisku (jak lotnisko, tyle że ludzie są teleportowani w ogromnych wrzecionach). Pewnego dnia ma miejsce wypadek- wrzeciono wypada z toru i rozbija się między stacjami. Skuszony awansem i podwyżką (za którą kupi domek z ogródkiem, gdzie będzie mógł żyć z wymarzoną kobietą, bo któraż by tego nie chciała? Nawet Lenda musi chcieć!) wyrusza w niebezpieczną misję, by sprawdzić, czy jacyś pasażerowie przeżyli.Wyskakuje z wrzeciona w miejscu, gdzie miejsce miał wypadek, a przez tarcie i różne takie (w tym ogień przy powłoce tunelu) traci niemal całe owłosienie na ciele (zostają mu chyba rzęsy). Nagi i zziębnięty (jest zima) wyrusza do najbliższej stacji kontrolnej, po drodze mijając ciała bezsprzecznie martwych pasażerów. Na miejscu nie zostaje jednak ciepło przyjęty przez młodego pracownika stacji. Chłopak siedzi zamknięty w wieży i nie zamierza jej opuszczać w obawie, że Debren go zaatakuje. Jak poprzednia osoba, która przybyła do stacji. Czarokrążca poznaje historię o syrenie, która przybyła do stacji i zaatakowała jej pracowników, a ich przełożonego uprowadziła. Mimo zimna Debren postanawia wyruszyć na jej poszukiwanie. Nie wierzy, żeby mogła to być syrena, ale podejrzewa, że może to być jedna z pasażerek wrzeciona. Kobieta w ciąży (dostał informację, że jedna z pasażerek nosiła dziecko, a ta, której ciało znalazł nie była przy nadziei). Ruszył po śladach zostawionych na śniegu i w nocy odnalazł kobietę i uprowadzonego szefa stacji. Pasażerką okazał się nie kto inny jak Lenda Branggo, lecąca do Debrena. Okazało się, że telegram, który wysłał do niej Debren parę miesięcy wcześniej, dotarł do niej w poprzednim tygodniu i pożyczywszy pieniądze od rodziców czarokrążcy wyruszyła w podróż. Skłoniła ją do tego treść telegramu, gdzie przeczytała, że Debren ją kocha i umrze, jeżeli jej nie ujrzy. Okazało się, że nie dość, że list dotarł spóźniony, to zostały opuszczone ważne jego fragmenty. List Debrena był chłodny, pisany do przyjaciółki, jednak przy spotkaniu przyznał, że rzeczywiście kocha dziewczynę. Długo się o to kłócili (tym bardziej, że podejrzewał u ukochanej ciążę z innym) w mrozie. Kłócili się też o to, czy ruszyć w dalszą drogę na co nalegała Lenda. Ostatecznie po kolejnej kłótni, krótkiej walce, ucieczce Lendy, kolejnej walce z przypadkowo spotkanymi kłusownikami Debren postanawia odprowadzić szefa stacji do jego miejsca pracy i dogonić Lendę. Dziewczyna jest słaba i załamana. Spadając z wrzeciona cała się poobijała i spłonęły jej wszystkie włosy. Dodatkowo okazało się, że to, co młodzieniec z wieży wziął za łuskę jest tak naprawdę pasem cnoty. Ciężkim i niemożliwym do zdjęcia (ani mechanicznie ani magicznie). Debren dołączył do Lendy i niósł ją na ramionach niemalże do granicy państwa, gdy zaatakowali ich strażnicy. Na szczęście pojawiła się niespodziewana odsiecz. Po kolejnej kłótni wspólnie z nowymi towarzyszami przekroczyli granicę.
             Wydaje mi się, że nie ma tu wielu spoilerów, bo każda z tych rzeczy wydaje się spodziewana i oczywista wraz z tokiem czytania. Jeśli komuś popsułam przyjemność z czytania to przepraszam.

Ocena: 4 / 6

piątek, 30 sierpnia 2013

Smoczy pazur

       
Smoczy pazur- Artur Baniewicz

        Kolejna książka, której sobie zażyczyłam, nie mając pojęcia o treści. Jest to pierwszy tom trylogii (przynajmniej na to na razie wygląda). Dopiero kiedy przyszła na nią pora przeczytałam tylną okładkę. Opis mnie zachęcił "tęsknisz za wiedźminem? Przeczytaj o czarokrążcy!". Autor- Artur Baniewicz- jest wielkim fanem Andrzeja Sapkowskiego i napisał swoją książkę z żalu po zakończeniu sagi o wiedźminie. No, trzeba przyznać- brzmi zachęcająco.
         Książka zawiera 4 pierwsze księgi sagi o czarokrążcy- Debrenie z Domeyki. Jest to wędrowny czarodziej, który trudni się tym, co akurat wpadnie pod rękę i może zapełnić sakiewkę. Wiemy o nim tyle, że nie należy do najmłodszych (ale do starych też jeszcze nie), jest magiem uniwersyteckim (czyli uczonym) i z jakiegoś powodu nie siedzi na dupie w rodzimej Lelonii tylko podróżuje, szukając okazji do zarobku.
        Nie będę opisywać każdej księgi z osobna, myślę, że wystarczy ogólny zarys, o czym opowiadają. Przede wszystkim rzecz dzieje się w świecie stworzonym przez autora. Jest on momentami niepokojąco podobny do naszego, tylko nazwy krajów są inne. Rozwój cywilizacyjny jest w okolicach naszego renesansu (nie jestem najlepsza z tego, kiedy, co wynaleziono, ale wydaje mi się, że średniowiecze bohaterowie mają już za sobą). Część opowieści opiera się na bajkach/ legendach/ historiach, które wszyscy znamy. Mam tu na myśli konkretnie Kopciuszka i don Kichota. Historie te opowiedziane są w inny sposób, nie trzymają się dokładnie źródła. I, oczywiście, plącze się po nich nasz magun. Pozostałe dwie historie są chyba od początku do końca wytworem autora (chociaż nie jestem pewna, nie znam przecież wszystkich opowieści, które zostały kiedykolwiek stworzone). Niestety, drugie opowiadanie w tomie "Grzywna i groszy siedem" jest dla mnie zupełnie niejasne. Coś się dzieje, ktoś coś pali, ktoś gdzieś krzyczy, inny ktoś strzela. Nie wiem, co się tam dzieje. Przyznaję się do tego bez bicia (jeśli ktoś czytał i może mi wyjaśnić, to będę wdzięczna). A szkoda, bo opowiadanie zawiera intrygującą tajemnicę, lekko niepokojącą, ale ciekawą. Poza tym wygląda na to, że jest ono kluczowe dla dalszych losów maguna (poznaje on tam osobę, której imię przewija się w kolejnych opowiadaniach). Dlatego żałuję, że nie udało mi się go rozgryźć i zrozumieć rozwiązania tajemnicy.
      Może wypadałoby też wspomnieć o tytułowym opowiadaniu "Smoczy pazur". Jak już pisałam, według mnie, nie jest oparte na żadnej znanej historii. Magun ląduje na smoczej wyspie. Jednak zamiast smoka na wyspie, znajduje dziewczynę na statku. Okazuje się, że miała być przeznaczona na ofiarę dla smoka. Serce Debrena mięknie i postanawia pomóc dziewczynie. Na drodze do tego wzniosłego celu staje mu jednak masa przeszkód. Domniemany smok, trupy współtowarzyszy podróży, rycerz, który miał pokonać smoka... Na szczęście magun odnajduje też sojuszników (admirała statku, bo nie do końca floty, i jego prawą rękę), którzy zobowiązują się chronić dziewczynę przed ofiarowaniem niecnemu smokowi. Historia jest ciekawa, momentami zaskakująca.
       Książkę czytało się całkiem dobrze pod względem stylistycznym, gorzej z drukiem. Strony mają niewielkie marginesy i interlinię. Kiedy jest jakiś dłuży akapit, a już nie daj Boże wypowiedź na całą stronę, to oczy zaczynają boleć i czytanie męczy. Mówię oczywiście o wydaniu, które ja mam, ale wydaje mi się, że jest tylko jedno. Opowiadania są ciekawe, przedstawione w oryginalny sposób. szkoda tylko, że to jedno jest takie dziwne, nieskładne...

Ocena: 4 / 6