Kiedy zebrałam w bibliotece wszystkie książki, po które
przyszłam, przy biurku bibliotekarki stała kolejka. Nie spieszyło mi się
nigdzie, więc stanęłam sobie przy półce z fantastyką i postanowiłam poszukać
jeszcze czegoś ciekawego dla siebie. Większość książek była częściami jakichś
trylogii albo jeszcze gorzej – sag. A ja miałam ochotę na coś, co mogę łyknąć
jednorazowo i nie bawić się później w szukanie kolejnych części. Bo niestety
mam tak, że jak już jakiś cykl zacznę, to czuję wewnętrzny przymus, żeby go
skończyć… W końcu dostrzegłam „Smocze zęby”. Jakiś rys Europy z czasów wypraw
krzyżowych, rycerze, smoki – może być fajnie.
Nie było.